W tradycji słowiańskiej i późniejszej kulturze ludowej grzyby zajmowały miejsce wyjątkowe i niejednoznaczne. Z jednej strony były potrawą rytualną, bez której nie mogła się obejść wieczerza wigilijna, a zbieractwo stanowiło na wsi poważne zajęcie gospodarskie i źródło zarobku. Z drugiej — grzyby, które rosły nocą i nie na oczach człowieka, łączono ze światem zmarłych, magią i zaświatami. Ten paradoks: pokarm codzienny obok daru z innego świata, przechodzi przez całą ludową wiedzę o grzybach.
Grzyby wchodziły w skład najstarszej warstwy świątecznego menu. Prof. Roch Sulima, antropolog kultury, w rozmowie z tygodnikiem Przegląd mówił wprost: grzyby i miód w społecznościach słowiańskich to potrawy rytualne, bez których nie może się odbyć na przykład wieczerza wigilijna (Przegląd, 2010). Status ten był tak trwały, że Polacy, którzy wyemigrowali za ocean, domagali się wysłania im grzybów — bez nich święta traciły magię.
Grzyby i miód w społecznościach słowiańskich to potrawy rytualne, bez których nie może się odbyć np. wieczerza wigilijna. — prof. Roch Sulima, antropolog kultury
Słowa te dobrze korespondują z tym, co o wigilijnym stole pisała kultura materialna: kapusta z grzybami i pierogi z grzybowym farszem to potrawy, które — jak zauważa Sulima — najlepiej pokazują miejsce grzybów w polskiej kulturze. Kariera tych dań na polskich stołach trwa po dziś dzień.
Skąd się wzięła druga, mroczniejsza strona grzybowego folkloru? Z prostego spostrzeżenia: grzyby wyrastają nagle, nocą, zawsze wtedy, gdy człowieka nie ma obok. Jak opisuje Małopolski Ośrodek Doradztwa Rolniczego, ponieważ rosły w nocy, kojarzono je ze światem zmarłych, a spożywanie grzybów podczas Wigilii miało na celu sprowadzenie zmarłych przodków do domostwa. Ten sam artykuł przytacza inne ludowe odczytania znaków z lasu: pojawienie się niektórych grzybów uznawano za sygnał rozpoczęcia siewów, a nagły i duży wysyp zwiastował według wierzeń zarazę, wojnę albo śmierć.
Prof. Roch Sulima podkreśla, że ta stara wierzeniowa warstwa przetrwała w sposobie myślenia o grzybobraniu: w dawnej tradycji wiązało się ono z czymś, co przypomina wędrówkę we śnie, po innym świecie. Grzyby nie rosną na naszych oczach — my je dopiero znajdujemy. Tajemniczość była więc nie dodatkiem, lecz istotą doświadczenia.
Grzyby miały w kulturze ludowej status ambiwalentny. Rosły w cieniu, w wilgoci, bez siewu i pracy człowieka, co samo w sobie czyniło je czymś innym od uprawianego zboża. Z drugiej strony, jak czytamy w materiale MODR, grzyby należały według dawnej ludności wiejskiej do tzw. dobra wspólnego: to, co powstało samoczynnie, było darem od Boga, z którego można było korzystać do woli. Były jednocześnie pokarmem i składnikiem medycyny ludowej oraz obrzędów.
Nauka dawnych wieków widziała grzyby jeszcze gorzej niż lud. Przyrodnik Stanisław Bonifacy Jundziłł pisał w 1799 roku, że grzyby u dawnych botaników długo poczytywano za niekształtne i przypadkowe płody zgnilizny (MODR). Paradoksalnie to wiedza ludowa, przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie bez żadnych atlasów, była przez wieki bardziej wiarygodna niż akademickie spekulacje.
Ciekawym potwierdzeniem trafności dawnych obserwacji są współczesne ustalenia: jak podaje MODR, borowiki są cennym naturalnym źródłem selenu. Dawne okłady z borowików na rany i czyraki nie były więc czystą magią — kuchnia i medycyna ludowa szły w tej samej sprawie w tę samą stronę.
Trzecia warstwa tradycji jest całkowicie praktyczna. Zbieractwo grzybów stanowiło na wsi ważne źródło zarobków: jak opisuje MODR, mieszkańcy wsi chętnie sprzedawali świeże, suszone, kiszone, a później także marynowane grzyby osobom zamożnym i mieszkańcom miast. Kupcom szły borowiki i rydze, a smażone borowiki, rydze, gąski czy maślaki traktowano jako specjał równy wieprzowinie. Walory grzybów doceniano nawet na dworach — najlepszym dowodem jest scena grzybobrania w Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza z 1834 roku.
Panienki za wysmukłym gonią borowikiem, / Którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem. — Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz (1834)
Wiersz pokazuje coś jeszcze: borowik od dawna był w polskim folklorze pierwszym wśród grzybów, osobnikiem najsławniejszym i najbardziej pożądanym. To wszystko czyni z grzybobrania zajęcie, które łączyło ekonomię z rytuałem — podobnie jak żniwa czy zbieranie ziół.
Symbolika grzybów sięgała głębiej niż kuchnia i handel. W wierzeniach wschodniosłowiańskich istniał demon leśny o nazwie borowik lub borowy — duch boru i opiekun grzybów, pokrewny leśnemu. Według opisów folklorystycznych, na które wskazuje choćby hasło o leśnych duchach w polskiej mitologii, takie istoty mogły zbłądzić człowieka w lesie albo wysypać mu grzyby z koszyka. W ludowych wyobrażeniach działały też małe, brodate staruszki w brązowych kapeluszach — borowiczki, uznawane za gospodarzy grzybów, kłębiące się pod pniakami i rydzami.
Ta demonologia tłumaczy też dawną etykietę grzybiarza. Jak opisuje MODR, do lasu wchodzono w ciszy, żeby nie spłoszyć grzybów; nie niszczono nawet grzybów trujących, bo las był miejscem tajemniczym, któremu należał się szacunek. Po przyniesieniu grzybów do domu odmawiano modlitwy — tak samo jak przy każdym innym pokarmie, którego na wsi było tyle, ile było.
Wiele elementów dawnej słowiańskiej grzybowej kultury przetrwało do naszych czasów niemal bez zmian. Grzyby na wigilijnym stole są potomkami potraw rytualnych, o których mówił prof. Sulima. Ustne przekazywanie wiedzy o gatunkach — dziecko uczy się rozpoznawać grzyby pod opieką starszych — wygląda dziś tak samo jak przed wiekami. A niemal mistyczna strona grzybobrania, to święto wyjęte z codzienności, o którym pisał antropolog, jest być może tym, co sprawia, że Polacy wciąż co roku jadą do lasu.
Te trzy warstwy rządzą się różnymi prawami, ale przenikały się w codziennym życiu dawnej wsi. Dlatego pytanie o to, co znaczyły grzyby w tradycji słowiańskiej, nie ma jednej odpowiedzi: znaczyły wszystko naraz — jedzenie, obrzęd, zarobek i tajemnicę.